1161749
ENDEPL
Mariánská vyhlídka

Český ráj

Oficiální stránky turistického regionu Český ráj
Aktuální turistická nabídka

Legendy dla polskich dzieci

LEGENDY CZESKIEGO RAJU DLA POLSKICH DZIECI

Jak powstał rubin

Pod Górami Izerskimi, niedaleko Czeskiego Raju, w miejscu, w którym między wysokimi bukami i dębami płynie rzeka Izera, powstał kiedyś ciemnoczerwony rubin. Pojawił się dzięki miłości Petra i Leontynki. O wszystkim opowiada ta legenda.

Szklarz Weber wybudował w lesie hutę szkła. Radował się, że będzie produkował szklane dzbany i że swą sztuką wzbogaci okolicę.

Praca szła dobrze. Po kilku miesiącach musiano wybudować dzwonniczkę, której dzwony wzywały szklarzy do pracy. Jednym z najzdolniejszych szklarzy był Petr. Pracował bardzo pilnie, stary Weber bardzo sobie jego pracę chwalił. Ale w Petrze zakochała się jedyna córka Webera, śliczna Leontynka, a to już się Weberowi podobało mniej.

  • Nie, mówiłem ci już parę razy, Petr nie jest odpowiedni dla ciebie. Jest zdolny i pracowity, to prawda, ale to jest zwykły szklarz, a ty jesteś córką bogatego właściciela huty! Zasługujesz na coś lepszego! – tłumaczył Weber córce, kiedy ta zwierzała mu się ze swej miłości.

Życie w hucie płynęło dostatnio. Wszystko, oprócz miłości Petra i Leontynki, kwitło, sprzedaż szła dobrze, szklarze nie nadążali z realizacją zamówień.

Ale jak to na świecie bywa, po słonecznym dniu przychodzi ciemna noc. I nocy tej nie uniknęła również huta szkła Webera.

Tego dnia woźnica wrócił do huty z pełnym wozem.

  • Każdy już ma w domu szklany dzbanuszek, szklankę lub wazonik – oznajmił.

Weber zasmucił się bardzo słysząc te słowa.

  • Cóż na to poradzimy – myślał – nie sprzedamy, to nie sprzedamy, ale w ten sposób nasza sytuacja będzie coraz gorsza... Potrzebujemy nowego pomysłu, czegoś naprawdę rewolucyjnego, na przykład kolorowego szkła! To by było to, takie błękitne jak niebo, albo zielone jak wiosenne liście, albo czerwone, czerwone jak rubin! – rozmarzył się. Nie wiedział jednak, niestety, jak się takie cudowne szkło robi...

Sprzedaż szła coraz gorzej, Weber stopniowo musiał zacząć zwalniać z pracy szklarzy. W końcu przyszła kolej również na Petra. Młodzieniec nie chciał opuścić swej ukochanej Leontynki, ale nie mógł też żyć bez pieniędzy.

  • Pojadę, zarobię pieniądze i wrócę po ciebie, może uda mi się przebłagać twojego ojca, żeby mi cię oddał za żonę – obiecał Leontynce.

Po drodze zdrzemnął się pod zielonym dębem.

  • Petrze, czy masz jakieś życzenie? – ukazała mu się nagle piękna rusałka. – Jestem rusałka Izeryna, strzegę spokoju i dostatku tutejszego ludu.

  • Czego bym sobie życzył? Chciałbym umieć produkować kolorowe szkło, to uratowałoby hutę pana Webera a także naszą – Leontynki i moją – miłość.
  • Przecież to łatwe – uśmiechnęła się Izeryna – wrzuć do donicy, w której topi się szkło, dwa złote pierścienie a uda ci się wytopić czerwony rubin.

Wtedy Petr przebudził się. Nie wiedział, czy był to tylko sen, czy też rzeczywiście zjawiła mu się górska rusałka Izeryna.

  • Skąd mam wziąć dwa złote pierścienie, przecież nie mam grosza przy duszy?! – pomyślał.

Ale w końcu zdecydował, że spróbuje szczęścia w pobliskich kamieniołomach. Ponieważ był bardzo silny, przyjęli go od razu. Pracował od rana do nocy, pracował też w soboty i niedziele... W ciągu kilku miesięcy udało mu się zaoszczędzić tyle pieniędzy, że wystarczyło na wizytę w sklepie jubilera, gdzie kupił dwa najpiękniejsze złote pierścienie. Teraz mógł już wrócić do huty pana Webera.

  • Kochany, jesteś! – wykrzyknęła z radością Leontynka na jego widok, ale zaraz posmutniała – Czemu wróciłeś? Jest tu smutno, dziś zamykamy hutę, dzwonki dzwonią już po raz ostatni...

Młodzieniec wziął ją za rękę

  • Zaufaj mi, nie jest to ostatni raz.

Razem podeszli do pieca, a Petr wrzucił do donicy z gorącym roztopionym szkłem dwa pierścienie. Złote krążki zniknęły w czeluściach pieca.

Następnego dnia rano, zanim jeszcze wstało słońce, Weber poszedł do huty chcąc wytopić sobie na pamiątkę ostatni dzbanuszek. Nabrał szkła z donicy i ze smutkiem obserwował jak stygnie. A tu nagle...

  • Czerwone szkło! Przecież to jest rubin! Rubin! - wykrzyknął z radością.

Przywołani jego krzykiem zjawili się Petr z Leontynką.

  • Tatusiu, to Petr umie zrobić czerwone szkło – powiedziała z dumą Leontynka.

Kiedy Petr zobaczył, że Weber nie przestaje się uśmiechać, podziękował w duchu mądrej rusałce. Tego dnia było w hucie dużo radości, dzwonki dzwoniły bez przerwy, szklarze tańczyli z radości i podziwiali rubinowe szkło. A ludzie znów zaczęli kupować szklane dzbanuszki, wazoniki i zwierzątka.

Pan Weber pozwolil na ślub Leontynki i Petra, i był bardzo zadowolony, że ma tak zdolnego zięcia. Wkrótce Petr stał się najbardziej znanym szklarzem w okolicy. Kiedy wybierzecie się na spacer po tamtejszych lasach, pomyślcie o rusałce Izerynie, która przechadza się tam po dywanie z mchów i pilnuje dostatku okolicznych mieszkańców.

Kto nauczył mieszkańców Turnova szlifować kamienie szlachetne

Na wschód od Turnova leży góra Kozakov. Ponieważ znajdowane są na niej często kamienie szlachetne, opowiada się o Kozakovie wiele tajemniczych opowieści. W środku góry znajduje się podobno królestwo skrzatów, które codziennie pracują w jaskiniach i podziemnych korytarzach. Zbierają i szlifują kamienie szlachetne – mniejsze i większe agaty, jaspisy i ametysty. Pracę nadzoruje sprawiedliwy król Granat.

Drobuś i Jaspisek byli dwoma małymi skrzatami, które zapragnęły przeżyć wielką przygodę.

  • Podobno ludzie sobie o nas opowiadają – powiedział Drobuś. To właśnie on był bardziej ciekawski i chciał poznać królestwo ludzi.

  • Naprawdę? – dziwił się Jaspisek, jego młodszy braciszek.
  • Wybierzmy się więc między ludzi! – zdecydowali w końcu obaj.

Osiodłali małe popielice - zwierzątka o oczkach jak koraliki i bystrych pyszczkach - i na wyścigi wyruszyli z górki na pazurki – w dół Kozakova. Pędzili, pędzili, wiatr im szumiał w uszkach, w końcu znaleźli się przy źródełku Radostna, z którego leniwie wypływał strumyczek.

  • Zbudujemy sobie tratwę! – zdecydował starszy brat Drobuś.

I zaczęli zbierać igiełki z okolicznych sosen i świerków, i wiązać je źdźbłami trawy. Tratwa była mocna i dość duża, mogli więc zabrać ze sobą też swoje przyjaciółki popielice. Kiedy byli już gotowi, wsiedli na tratwę i wyruszyli w rejs po rzeczce Stebence. Ale przed samym Turnovem tratwa przewróciła się, a oba skrzaty znalazły się na brzegu nieopodal małej chatki. Zmoknięte popielice obrażone uciekły do lasu, a bracia po cichutku weszli do chatki i koło ciepłego pieca wysuszyli się od bucików po czapeczki i poszli spać.

Rano spali strasznie długo, byli jeszcze zmęczeni po dalekiej podróży. Nie obudziły ich ani promyczki słońca łaskoczące w nosek, ani pianie koguta na podwórzu. Przebudził ich dopiero okrzyk:

  • Popatrz, tu są skrzaty!

Drobuś otworzył najpierw jedno oczko, potem drugie – i ujrzał małego chłopczyka. Również Jaspisek obudził się – i zobaczył małą dziewczynkę. Skrzaty dowiedziały się, że znajdują się w domu Kotlerów, a że tych dwoje dzieci to Barborka i Tomaszek. Bardzo szybko się zaprzyjaźnili. Drobuś i Jaspisek towarzyszyli dzieciom do szkoły, a zawsze w drodze powrotnej opowiadali im o przyrodzie i o tym, jak znaleźli się wśród ludzi. W zamian Barborka i Tomaszek wyjaśniali im co lubią, co szanują i czego pragną ludzie. Pierwsze spotkanie na piecu przerodziło się w wielką przyjaźń.

Po kilku miesiącach wygodnego życia w wiejskiej chatce, Drobuś i Jaspisek wpadli na świetny pomysł. Już od pewnego czasu myśleli, jak mogliby odwdzięczyć się swoim gospodarzom - i w ogóle wszystkim ludziom - za to, że ich przyjęli do siebie. Długo nie mogli nic wymyślić, ale w końcu zdecydowali:

  • Pokażemy im nasze królestwo!

I pewnego dnia mamusia, tatuś, Tomaszek i Barborka wyruszyli na Kozakov. Skrzaty niósł tata na barana. Jak wesoło im się maszerowało!

Kiedy znaleźli się na miejscu, Drobuś otworzył tajemnicze drzwiczki jaskini i wszyscy znaleźli się w cudownej komnacie pełnej blasku drogich kamieni. Był to piękny widok. Drobuś z Jaspiskiem oprowadzili swych gości po korytarzach i korytarzykach jaskini, odwiedzili lśniące jeziorko i dobrego króla Granata. Opowiedzieli królowi o tym, jak gościnni byli ludzie w podkozakovskiej okolicy, jak ciepło i miło ich przyjęli. Król Granat pozwolił skrzatom nauczyć rodzinę Kotlerów, jak powinno obchodzić się z kamieniami szlachetnymi, jak je szlifować i w jakich miejscach można je znaleźć. Goście wrócili do swojej chałupki z workami pełnymi drogich kamieni, które dostali w prezencie od skrzatów. Swą dobrocią zasłużyli sobie na bogactwo. Od tej pory wiedzieli o drogich kamieniach tyle, że mogli uczyć innych ludzi, a ci znów następnych i następnych... Pod Kozakovem powstała szlifiernia kamieni szlachetnych, a okolica stała się znana na całym świecie...

A Drobuś z Jaspiskiem? Tak bardzo spodobało im się życie wśród ludzi, że ciągle biegają po szczytach gór i po dolinach, odwiedzają wioski i miasteczka. Nie widzieliście ich? Nie spotkaliście? Musicie się dobrze rozejrzeć. Kiedy będziecie szukać na kozakovskich zboczach kamieni szlachetnych, przypomnijcie sobie o Jaspisku i Drobusiu, na pewno pomogą Wam znaleźć jakiś kamyczek na pamiątkę...

O Białej Damie

Na wschód od miasta Lomnice wznoszą się dwa wysokie pagórki. Pierwszy jest mniejszy i podobny do wyłamanego zęba, nazywa się Bradlec. Drugi, stojący na wysokim pokrytym lasami wzniesieniu, nazywa się Kumburk. Zarówno w Kumburku, jak i w Bradlecu wydarzyło się wiele przedziwnych historii, o których krążą legendy. Posłuchajcie jednej z nich.

Pan z Kumburku i pan z Bradleca wiedli nie kończące się spory – raz o granicę między włościami, raz o to, który z nich jest bogatszy, raz jeszcze o coś innego. Żaden sędzia nie wiedział, jak ma rozwiązać ich spory i obu zwaśnionych możnowładców pogodzić.

Los miał jednak swoje plany. Młody Wojciech z Bradleca zakochał się w ślicznej Weronice z Kumburku. Ich miłość była czysta i głęboka, nikt nie mógł jej zniszczyć.

Ale ojcu Wojciecha, bradleckiemu panu, nie podobało się, że jego jedyny syn romansuje z córką jego największego wroga. Postanowiwszy coś na to poradzić, udał się do mieszkającej pod zamkiem czarownicy.

  • Przynoszę ci mnóstwo złotych monet! – powiedział. – Zaczaruj Weronikę tak, żeby jej Wojciech nie poznał i żeby nie widząc jej jak najszybciej o niej zapomniał. Mój syn nie może przecież kochac córki kumburskiego pana!

  • Dobrze, zrobię jak sobie życzysz! – odpowiedziała czarownica z lubością słuchając brzęku złotych monet.

I zaczarowała piękną dziewczynę zmieniając ją w Białą Damę. I od tej pory noc co noc pojawiała się na murach kumburskiego zamku smutna biała postać śpiewająca smętne piosenki. Niektórzy widywali ją również w snach. Bogatym udzielała wielu dobrych rad, biednym dzieciom często w nocy po cichu wkładała pod poduszkę biały pieniążek. A kogo dotknęła swą białą orchideą, do tego następnego dnia uśmiechnęło się szczęście. Ale ile radości i uśmiechu dała, tyle łez wypłakała z tęsknoty za ukochanym Wojciechem.

A w sercu Wojciecha również zagościł smutek. Weronika nie przychodziła już na ich potajemne spotkania pod brzozą nad potokiem, a Wojciech nie mógł zrozumieć jej nieobecności. Nie wiedział, że winę za rozłąkę ponoszą jego własny ojciec i czarownica. W moc czarownicy wierzył i pewnego dnia postanowił zwrócić się do niej o pomoc. Długo zbierał odwagę, aż w końcu zapukał do omszałych drzwi jej chatki.

  • Czarownico, moja Weronika zniknęłą, nie wiem, co mam robić, jak mam ją odnaleźć?! Poradź mi, proszę! Dam ci wszystko, co mam…

Czarownica zamyśliła się. Dostała przecież od ojca Wojciecha mnóstwo pieniędzy, nie potrzebowała już więcej, dlaczego więc miałaby pomagać temu chłopcu?! Spojrzała jednak w smutną twarz patrzącą na nią z nadzieją, zobaczyła, jak w oczach do niedawna jeszcze wesołego i pięknego mężczyzny nie widać już szczęścia i ognia, lecz jedynie bezbrzeżny smutek i niepokój o losy ukochanej.

  • Dobrze! Pomogę ci tak, jak umiem – zdecydowała, a w tym momencie serce jej się uradowało. Był to pierwszy w jej życiu dobry uczynek, o którym w dodatku Wojciech i Weronika z pewnością będą pamiętać!

A kiedy na kumburskiej wieży wybiła północ, Wojciech wyruszył do pobliskiego źródełka, nabrał z niego tyle wody, ile zdołał unieść i udał się do Kumburku. Przedzierał się przez tajemniczy las, omijał głębokie kałuże, opierał się silnemu wiatrowi. Nie bał się nawet leśnych stworów i straszydeł. Tarczą mu była miłość do Weroniki i świadomość że już wkrótce ujrzy ukochaną. W końcu dotarł do zamku. Na dziedzińcu stało piękne ogromne drzewo. Wojciech - zgodnie ze wskazówkami czarownicy - skropił je przyniesioną wodą, a po chwili drzewo wypuściło dziewięć ślicznych gałązek i młodzieniec związał je w trzy pachnące wiązanki.

  • Pierwsza wiązanka niech otworzy mi wrota zamku! – rzekł machając gałązkami w stronę drzwi.

I rzeczywiście, zamkowe wrota stały przed nim otworem. Wstąpił do przytulnej komnaty, a tam w kącie przy oknie stała Biała Dama.

  • Drugi bukiet niech przywróci mi mą ukochaną Weronikę! – powiedział wkładając białej pani w dłoń wiązankę z gałązek.

I smutek z twarzy Białej Damy zniknął, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

  • Wojciechu! Tyś mnie uratował! – wykrzyknęła Weronika rzucają się ukochanemu na szyję.

A trzecia wiązanka? Trzecią ponieśli wkrótce Weronika z Wojciechem do ołtarza. Ich miłość pogodziła dwóch odwiecznych nieprzyjaciół i nie było już dłużej swarów i niezgody między panami zamków Kumburk i Bradlec. A ludzie radowali się, że miłość zwyciężyła nad nienawiścią.

A czarownica? Już nigdy nie pozwoliła nikomu się przekupić. Żyła u podnóży zamku i zbierała czarodziejskie zioła, którymi wyganiała z ludzkich serc chciwość, nienawiść i kłamstwo.

Kiedy wybierzecie się w te strony, odwiedźcie koniecznie oba pagórki, Bradlec i Kumburk. W ruinach dziedzińca kumburskiego zamku do dziś stoi pień drzewa, z którego gałązek splótł Wojciech wiązanki dla swojej ukochanej Weroniki.

O Drabowni

Na zachód od Małej Skały ujrzeć można przedziwną piaskowcową grupę skalną, z wydrążonymi izbami, zwaną Drabownią (Drabovna). W dawnych czasach ludzie bali się tego tajemniczego grodziska i tylko nieliczni odważyli się w pobliżu zbierać poziomki, maliny i borówki. Dlaczego tak było? O tym opowiada następująca legenda.

W tajemniczej skalnej kryjówce żyli trudniący się grabieżami zbójnicy, których nazywano drabami. Okoliczni mieszkańcy bali ich się, nikt nie miał odwagi stawić im czoła. Rozbójnicy codziennie wyruszali do lasu na polowanie, a kiedy w wiosce odbywał się jarmark, napadali na nią i zabierali przerażonym wieśniakom kołacze i powidła. Straszyli także małe dzieci.

Hersztem zbójców był Kleofas, mężczyzna potężny i brodaty. Pewnego poranka Kleofas rozejrzał się ze smutkiem po swojej kawalerskiej siedzibie i stwierdził:

  • Jest tu całkiem ładnie, to prawda. Przydałoby się tu jednak trochę posprzątać. Brakuje nam pilnej gospodyni, która by sprzątała i ugotowała nam czasami coś dobrego ze zrabowanego jedzenia. Ileż czasu można żywić się zimnym prowiantem?!

  • Masz rację, Kleofasie – odpowiedział zbój Ondrasz – trzeba się za jakąś panienką rozejrzeć!

A kiedy następnego dnia Krystynka, dziewczyna z pobliskiej wioski, wyszła jak zwykle do lasu na borówki – piekła z nich wspaniałe kołacze - Kleofas ze swoimi kompanami już na nią czekali. Od dawna wiedzieli, że to śliczne dziewczę umie dobrze ugotować, że jest pilna, schludna i grzeczna, i że przy pracy pięknie śpiewa...

  • Mamy cię! Teraz będziesz gospodarzyć u nas! – krzyknął radośnie Kleofas przerzucając sobie Krystynkę przez ramię i biegnąc z nią do swojego skalnego zamczyska.

Krystynka nie krzyczała o pomoc, była odważną dziewczyną, nie bała się straszydeł ani czarownic, dlaczego więc miałaby się przestraszyć zwykłych rozbójników!?

Zbójnicy posadzili Krystynkę na pieńku stojącym pośrodku głównej izby zamczyska i stojąc naokoło przyglądali się jej z ciekawością. Krystynka rozejrzała się dokoła i załamała ręce:

  • Ależ wy tu macie bałagan! – krzyknęła – Długo tu nikt nie sprzątał, prawda?

Kleofas milczał a wszyscy pozostali rozbójnicy milczeli wraz z nim. Ondrasz był czerwony jak burak, tak bardzo wstydził się przed piękną dziewczyną tego nieporządku.

Krystynka nie czekając wzięła się za wielkie sprzątanie, nucąc przy tym wesołą ludową piosenkę, która tak bardzo spodobała się zbójcom, że nucili ją potem do wieczora. Jak wesoło i przyjemnie było im tego dnia w świeżo wysprzątanym mieszkaniu!

Następnego dnia zbójnicy wybrali się do miasteczka na rozbój, Krystynkę zostawiając w grodzisku samą. Dziewczyna nie miała zamiaru uciekać, wiedziała, co ją czeka gdyby ją rozbójnicy z powrotem złapali. Nie, Krystynka była mądra, wiedziała że ze zbójnikami trzeba po zbójecku! Kiedy pod wieczór wrócili do domu, Krystynka w czystym fartuszku stała na progu, a w jadalni czekała już na nich smakowita kolacja. Ale było świętowania! Zbójcy zabrali się do jedzenia, suto zapijając jadło zrabowanym w mieście winem. Zapijali i jedli, jedli i zapijali – aż się jak susły pospali. Krystynka z radości wykrzyknęła, o to jej przecież chodziło! Sprawdziła jeszcze, czy na pewno wszyscy śpią a potem wzięła nogi za pas i popędziła do swojej wioski.

  • Ludzie, ludziska! Chodźcie mi pomóc! Rozbójnicy zasnęli w swoim zamczysku! – krzyczała co sił w płucach stukając w drzwi wszystkich wiejskich chałup.

Wieśniacy powybiegali z domów, w rękach mieli grube sznury, widły i grabie. Kiedy zebrała się już cała wioska, wyruszyli przez las po niebezpiecznej ścieżce prowadzącej do piaskowcowego zamczyska zbójców. Dotarli na miejsce i ujrzeli spitych rozbójników śpiących jak grzeczne dzieci. Powiązanie ich nie było trudne.

  • Co z nimi zrobimy? – spytał Waszek Hornik.

  • Myślę, że wiem, – odpowiedziała Krystynka – powinni odpracować wszystko, co kiedykolwiek zrabowali. W ten sposób pomogą całej wiosce, a również samym sobie!

Ależ było radości! A zbójników czekała po przebudzeniu niemiła niespodzianka...

O Krystynce zaczęły krążyć po okolicy legendy, nic dziwnego, przecież pokonała najsłynniejszą w okolicy zbójecką bandę! Okoliczni ludzie wreszcie mogli odetchnąć, a skalne grodzisko zaczęto nazywać Drabownią. Krystynkę wkrótce poślubił miejscowy chłopiec Jenik, którego od dawna już potajemnie kochała. Ślub był bardzo uroczysty, a wesele huczne.

Niektórzy ludzie uważają, że w Drabowni rozbójnicy ukryli skarb, inni jednak mówią, że zbójcy nie zdążyli nic ukryć, bo całe zrabowane jedzenie zjedli, napoje wypili a wartościowe przedmioty dawno sprzedali. Kto wie, jak było naprawdę...

O Hrubej Skale i Czarnym Rycerzu

Pośrodku zielonych lasów w Czeskim Raju stał potężny, sławny w całym kraju zamek. Stał na najwyższej skale, górował nad wszystkim okolicznymi dolinami, podobny do orlego gniazda. Chroniły go potężne i wysokie drzewa, które nie pozwalały nieprzyjaciołom zbliżyć się doń i zdobyć go. Nazywał się Hruba Skala, czyli “Wielka Skała”.

Władcą zamku był mądry król Benesz, który pomagał każdemu według jego zasług. Król miał piękną córkę Svatavę, którą pragnął wydać za mąż za odpowiedniego kandydata, nie chcąc oddać jej ręki biednemu młodzieńcowi. Kto w końcu został mężem Svatavy? Posłuchajcie, co mówi legenda!

Pewnego ranka Benesza obudziły dochodzące z pobliskiego lasu podejrzane hałasy. Z lękiem spojrzał przez okno i cóż tam ujrzał?! Stały tam po zęby uzbrojone wojska Sasów. Natychmiast podjął decyzję:

  • Zwołajcie hruboskalskie wojska! Obronimy honor naszego państwa!

Svatava przestraszyła się przygotowań wojennych, nie mogła sobie wyobrazić, że ktoś może odważyć się zaatakować tak silny zamek! Na wszelki wypadek posłała swemu ukochanemu Vojmilowi list z prośbą o pomoc.

Kiedy tylko Vojmil dostał wiadomość, natychmiast osiodłał konia i popędził na Hrubą Skalę, Svatava przyjęła go bez wiedzy ojca, który za niezbyt majętnym Vojmilem nie przepadał.

Sasowie zbliżali się do zamku, Benesz wraz z wojskami przygotowywał się do obrony. Rozpoczęła się bitwa, jakiej prastare hruboskalskie skały dotąd nie zaznały, szala zwycięstwa przechylała się raz na jedną raz na drugą stronę, w końcu jednak Sasowie zaczęli wygrywać. Już już cieszyli ze zwycięstwa, kiedy nagle z lasu wynurzył się czarny mąż na czarnym koniu i nie przemówiwszy ani słowa zaatakował saskie wojska. Wrogowie przestraszyli się Czarnego Rycerza i w popłochu rzucili się do ucieczki, ich wódz w pewnej chwili jednak zawrócił i krzyknął:

  • My przegramy, ale ty będziesz miał po dzisiejszej bitwie wieczną pamiątkę!

Benesz ujrzał nad sobą wyciągniętą dłoń i ostry miecz. Wtedy nadjechał Czarny Rycerz, stanął między Sasem a królem Beneszem i cios, miast na króla, spadł na jego hełm. Nieprzyjacielski wódz z przekleństwem na ustach zniknął w lesie. Benesz chciał podziękować swemu wybawcy, ale ten tymczasem także zniknął.

Walka była skończona, Hruba Skala obroniła tytuł zamku nie do zdobycia, a król Benesz nadal był królem. A to wszystko dzięki Czarnemu Rycerzowi.

  • Powinienem jakoś mu się odwdzięczyć – oznajmił król Svatavie. – Zdecydowałem, że o ile zgłosi się przed upływem roku i jednego dnia, otrzyma twoją rękę.

Następnego dnia pojawił się na zamku ubrany na czarno wesoły człowieczek z głęboko zarysowanym czarnym hełmem w ręku.

  • To on! – krzyknął radośnie kól Benesz. – To on stanie się twoim mężem i będzie rządzić naszym królestwem tak samo sprawiedliwie jak rządzę ja!

Svatava obejrzała człowieczka z góry na dół, a po policzkach zaczęły jej spływać maleńkie perełki łez.

  • To nie jest on, to nie jest Czarny Rycerz – płakała, ona jedna bowiem wiedziała, kto naprawdę skrywał się w czarnej zbroi. Jakże gorąco pragnęła stać się żoną tego prawdziwego Czarnego Rycerza!

Wtem na dziedzińcu rozległ się tętent końskich kopyt i szum wiatru, jakby lasy same chciały opowiedzieć historię odważnego czarnego śmiałka. Svatava uśmiechnęła się przez łzy:

  • Tatusiu, tam jest! Tam jest mój przyszły mąż!

Benesz nie wierzył własnym oczom – na dziedzińcu siedział na czarnym koniu czarno odziany mężczyzna i machał Svatavie rozciętym czarnym hełmem. Król chwilę wahał się, nie był pewien, który z mężów jest oszustem, a który prawdziwym Czarnym Rycerzem. Wtedy zobaczył na głowie świeżo przybyłego czerwoną szramę – ślad niedawnego ciosu. Wiedział już, że to Vojmil, którego Svatava tak mocno kochała, jest prawdziwym bohaterem wygranej bitwy.

Odbył się ślub. Benesz uśmiechał się z zadowoleniem, zrozumiał, że nie pieniądze, lecz miłość daje szczęście. I miłość ta stała się podstawą szczęścia całego kraju, którym po śmierci króla Benesza długo i sprawiedliwie rządzili Vojmil i Svatava. A kiedy obce wojska chciały zaatakować Hrubą Skalę, zawsze przypominały sobie porażkę Sasów i zawczasu wracały do domu, aby nie musieć się potem ze wstydem wycofywać.

Chroniącego przepiękną przyrodę Czeskiego Raju Czarnego Rycerza na pewno spotkacie w czasie spaceru z zamku Valdsztejn na Hrubą Skalę, jest bowiem jej patronem. A legendarną bitwę Benesza z wojskami saskimi przypomina wielki obraz w Muzeum Czeskiego Raju w Turnowie.

O Troskach

Najbardziej chyba znanym elementem krajobrazu Czeskiego Raju jest zamek Trosky. Jego bazaltowe wieże strzegą okolicznych lasów, stawów i dolin, z ich wierzchołka podziwiać można najbardziej oddalone zakątki Czech. Wschodnia wieża - ta wyższa - nazywana jest Panną, zachodnia – niższa – zwana jest Babą. I właśnie o pochodzeniu tych przedziwnych nazw dowiecie się z tej legendy...

Właścicielem zamku był pan z Bergowa. Jego marzeniem było, żeby Trosky stały się miejscem chętnie odwiedzanym przez najbardziej znanych i sławnych królów oraz książąt świata. I rzeczywiście - wiele znanych osobistości przyjeżdżało tu z wizytą. Pewnego jednak razu możnowładca musiał opuścić swój zamek i udać się w daleką podróż. Zawołał do siebie swoją matkę Marię i córkę Karolinę.

  • Muszę na pewien czas opuścić Trosky i odjechać w dalekie kraje. Obiecajcie mi, że będziecie mądrze rządzić zamkiem, tak mądrze, jak rządziłem nim ja!

  • Dobrze, synu! Wiesz przecież, jak dobrze i sprawiedliwie rządziłam przed laty – odpowiedziała Maria.
  • Dobrze, tatusiu, obiecuję! Tylko wróć szybko do domu – uśmiechnęła się Karolina.

I pan z Bergowa naprawdę odjechał. Obie kobiety spełniały przez kilka miesięcy jego rozkazy pilnie i odpowiedzialnie, okolica kwitła a do Trosek często przyjeżdżali sławni książęta, którzy przyjmowani byli iście po królewsku.

Ale władanie zaczęło się obu kobietom podobać.

  • Dlaczego nie miałabym rządzić sama? – zastanawiała się Karolina przeglądając się rano w lustrze – jestem piękna, na pewno jakiś mężczyzna zapragnie ożenić się ze mną, a potem będziemy rządzić razem. Nie będziemy potrzebować babki Marii!

W tym samym czasie Maria, czytając zamkową kronikę, wpadła na tę samą myśl:

  • Karolina jest niedoświadczoną władczynią. Co będzie, jeśli pojawi się tu jakiś piękny młodzieniec i zechce pojąć ją za żonę?! Na pewno stracę wtedy władzę. Nie mogę na to pozwolić!

Tego dnia obie kobiety, młoda i stara, pokłóciły się o to, która będzie rządzić zamkiem do powrotu pana z Bergowa.

  • Ja jestem młodsza i piękniejsza! Poza tym jestem jego córką i mam większe prawo do Trosek! – krzyczała Karolina.

  • A ja jestem starsza i mądrzejsza! Jest to mój syn, ja powinnam objąć rządy! – odpierała jej ataki Maria.

W końcu każda z kobiet zajęła jedną z wież zamku - Maria zajęła tę grubszą, ale niższą, Karolina cieńszą, ale wyższą. Od tej pory nie wychodziły na zewnątrz, codziennie natomiast przez kilka godzin krzyczały do siebie z małych okienek wież i kłóciły się tak zajadle, że słychać je było na całym świecie.

Okolica szybko biedniała. Nikt nie chciał odwiedzać zamku aby wysłuchiwać kobiecych wrzasków. Kobiety kłóciły się o władzę, a tymczasem ludziom z podtroseckiej doliny brakło prawdziwego władcy. A kiedy chłopi z okolicznych wsi chodzili do lasu pod Troskami na jagody i maliny, słyszeli tylko ciągnącą się w nieskończonośc kłótnię babki i wnuczki:

  • Ja będę rządzić!

  • Nie, zamek jest mój! Ja tu zostanę!
  • Ty!? Wyjdę za mąż! Troski potrzebują męskiej ręki!

Tymczasem pan z Bergowa o niczym nie wiedząc nie kwapił się z powrotem. Służba zamkowa nie mogąc wytrzymać ciągłych kłótni pouciekała, ptaki przestały krążyć nad hałaśliwym zamkiem, słońcu nie chciało się świecić do ani jednej z izb w których mieszkały Maria i Karolina.

Po pewnym czasie straszne krzyki i kłótnie ustały, a pewien młody chłopiec postanowił wybrać się do zamku. Najpierw wszedł do grubszej wieży, ale nie znalazł tu nikogo, tylko okno otwarte na oścież. To samo ujrzał w wyższej wieży, nie było tam młodziutkiej Karoliny, jak oczekiwał. Gdzie się obie podziały? Tego do dziś nikt nie wie.

Dowiedziawszy się o zniknięciu hałaśliwych kobiet ludzie zaczęli powracać do swych domów, a razem z nimi powróciło szczęście i przyjaźń. Wspólnymi siłami odbudowali okolice Trosek, a wieżom nadali imiona – tej w której mieszała Maria imię Baba, a tej w której skryła się jej wnuczka Karolina - Panna.

Jeszcze dziś można czasami usłyszeć podczas burzliwych i deszczowych nocy wrzaskliwe kobiece głosy, jak meluzynę pędzącą z wiatrem między ruinami zamkowych wież. Bo “Trosky” to po czesku “ruiny”...

Kiedy będziecie zwiedzać Trosky i wejdziecie na którąś z wież, rozejrzyjcie się dokoła. Rozpostrze się przed wami przepiękny krajobraz i zrozumiecie, dlaczego okolica ta nazywana jest Czeskim Rajem.

8.11.2006 15:07:58 - aktualizováno 24.11.2006 11:44:37 | přečteno 2723x | Jana Drexnerová
Sdružení Český ráj © 1992-2006  |  Antonína Dvořáka 335, 511 01 TURNOV
tel.: +420 481 366 255  |  fax: +420 481 366 256  |  cesky-raj@turnov.cz  |  RSS 2.0